sobota, 12 lipca 2014

Rozdział 11

Często męczyły mnie koszmary. Śniłam o ludziach, których kochałam, a których już przy mnie nie było, o rodzicach, czasem o Harrym, ale głównie o moim bracie. O bracie, który zawsze smarował moje tosty dżemem. O bracie, którego codziennie budziłam, skacząc po jego łóżku. O bracie, który mierzwił mi włosy, po czym chwalił, mówiąc "i tak ma być, młoda". O bracie, który mnie zostawił, kiedy pojawiły się problemy. O bracie, który podobno mnie kochał...
I zawsze był martwy.
Płonął.
Tonął.
Rzucał się z dachu.
Potrącał go samochód.
A ja zbierałam jego poćwiartowane zwłoki, lub dostawałam je pocztą.
Tylko że tym razem, mój sen nie był straszny. Jedynym koszmarnym aspektem był sam Garett.
Ale żył. Był w jednym kawałku, żadnych ran, siniaków, czy złamań. Szedł w moją stronę, ze swoim lekko cwaniackim uśmieszkiem, przeczesując palcami włosy, w takim samym blond odcieniu jak moje. Kiedy był już blisko i, jak sądzę, zamierzał coś powiedzieć... obudziłam się. Głupia, tylko robiłam sobie tylko nadzieję, zaczęłam się łudzić, myśleć o nim. Choć tak naprawdę nie wiedziałam nawet czy w rzeczywistości jeszcze żyje, jak żyje, gdzie żyje oraz z kim żyje. Może faktycznie był już martwy. Tak jak w moich snach.

  Kolejny raz przetarłam oczy, chcąc jak najszybciej obudzić się z tego obłudnego snu. Minęło kilka tygodni, od dość bolesnego spotkania ze Stylesem, mogłam już wstać z kanapy, mojego tymczasowego posłania, o własnych siłach. Miałam jeszcze lekkie zawroty głowy, ale z każdym dniem przybywało mi energii i powoli wracałam do siebie. Upiłam łyk wody ze szklanki stojącej na stoliku, a następnie powlokłam się do łazienki. Już po chwili stania wydawało mi się, że wszystko dookoła zaczyna wirować. Musiałam zaprzeć się rękami o umywalkę, kiedy zrobiło mi się ciemno przed oczami.
-Nie panikuj. Wdech, wydech.- powtarzałam sobie cicho. Po kilkunastu sekundach poczułam się lepiej. Przemyłam twarz wodą, przetarłam ją ręcznikiem i spojrzałam w lustro. Z moich ust wydarł się gardłowy wrzask. Harry stał w progu pomieszczenia, swobodnie oparty o framugę drzwi i obserwował mnie z zawadiackim błyskiem w oczach.
-Jezu, przestraszyłeś mnie- wysapałam, dysząc nerwowo. Nasze spojrzenia spotkały się w odbiciu lustrzanej tafli.
-Spokojnie, to tylko ja.- zaśmiał się cicho, widząc moją reakcję.
-Nie wiem czy ten fakt mnie uspokaja- burknęłam, odwracając się gwałtownie. Trochę zbyt gwałtownie. -Co tu robisz?
-Szczerze mówiąc, spodziewałem się nieco milszego powitania...- oznajmił bezceremonialnie, robiąc krok w moją stronę.
-Na razie na to nie licz.- Ciągle jeszcze nie przyzwyczaiłam się do jego nagłych i niezapowiedzianych wizyt, ba, do tego, że go w ogóle widzę, więc nie powinien być zdziwiony moją reakcją. Nie rzucę mu się w ramiona.
-"Na razie"? Czyli kiedyś będę mógł?- znów zmniejszył dystans.
-Ugh Harry, po prostu mi powiedz, czego tu chcesz?
-Przyszedłem zmierzyć twoje okno, żeby wymienić stłuczoną szybę.- oznajmił zbliżając się jeszcze i łapiąc mnie za ręce. Głaskał kciukami wierzch moich dłoni, rozpraszając moją uwagę od swoich słów. Faktycznie, z kieszeni jego ciasnych spodni wystawała taśma miernicza. Dziwiłam się, jak on ją tam w ogóle upchnął. W odpowiedzi zdołałam tylko westchnąć.
-Chcę naprawić wszystko to, co zepsułem. Dosłownie i w przenośni.- wyszeptał, dotykając wargami mojego czoła i składając na nim ukradkowy, delikatny pocałunek. Nieco ośmielony, chłopak mnie objął. Przymknęłam oczy, napawając się tą chwilą, kiedy moje jeszcze wątłe ciało zostało zamknięte w uścisku jego ciepłych, silnych ramion. No proszę, sam mnie w nie w rzucił... Po chwili ocknęłam się, po czym zaparłam ręce na jego torsie, ale nie miałam na tyle siły, by go odepchnąć. Ani drgnął. Przestałam próbować.
-Muszę iść. Usiąść- wymamrotałam, ponownie czując jak osłabienie daje się we znaki. Ruszyłam przed siebie, próbując go wyminąć, jednak był znacznie szybszy. Jego ręka powędrowała do zgięcia moich kolan i już po chwili znajdowałam się znowu w jego objęciach, tyle że nad ziemią.
-Jejku, to nie było konieczne- burknęłam zniesmaczona, jednak bezwiednie oparłam głowę na jego ramieniu. To, że było mi tak cholernie przyjemnie, zdecydowanie nie ułatwiało wściekania się na Harry'ego. Ostrożnie położył mnie z powrotem na kanapie. Jęknęłam, ni to z niezadowolenia, ni to słabego samopoczucia. A już się wygodnie ułożyłam...
Nie. Stop. Muszę się ogarnąć. To wszystko jest nieodpowiednie.
-Um, to może zająłbyś się tym oknem?- zaproponowałam lekko zmieszana.
-Potem.
-Potem?
-Tak. Teraz chcę na ciebie popatrzeć.
-Ach... czemu?
-Po prostu. Uwielbiam na ciebie patrzeć. Przez długi czas nie mogłem, więc teraz chciałbym tylko siedzieć tu i ci się przyglądać.
Ze zdziwieniem otworzyłam usta, a jakiekolwiek słowa ugrzęzły mi w gardle. Odwzajemniłam jego długie spojrzenie i zupełnie się w nim zatraciłam.
  Kiedyś Harry był najcudowniejszym człowiekiem jakiego tylko można sobie wyobrazić. Nawet gdy było źle, to on sprawiał, że było dobrze. Przy nim zapominałam o wszystkich kłopotach. Kochałam go za wszystko i wiedziałam, że on czuł to samo. Udowadniał to i w czynach i słowach, których nie dało się podważyć. "Jesteś jak Słońce. Taka piękna i niezwykła, że ciągle na ciebie patrzę. Tak długo, że to aż boli. Tak, że aż mam plamy przed oczami. Ale je też uwielbiam, bo powstają od patrzenia na ciebie. Moje Słońce."- powiedział mi kiedyś, kiedy odpoczywaliśmy w naszym ulubionym miejscu. Mogło się to wydać ckliwe i oklepane, ale dla mnie, dziewczyny zakochanej w nim wtedy na zabój, to były najpiękniejsze słowa świata. Zaraz po krótszym, ale jakże znaczącym "kocham cię". Zwłaszcza, że wtedy wszystko było nasze. Czerwony koc w kratkę był nasz, kosz z jedzeniem był nasz. Wzgórze na obrzeżach miasteczka było tylko naszymintymnym zaciszem, tak jak rosnące na nim drzewo, rzucające cień na nasze uśmiechnięte twarze. Nawet słońce wydawało się być tylko nasze, kiedy zachodziło tuż przed naszymi oczami, oświetlając twarze pomarańczowymi promieniami. Wtedy, w naszym mniemaniu, cały świat byłnasz. A "nasz" znaczy wspólny. Razem, ja i on, on i ja. On mój, a ja jego. 
  I w jednej teraźniejszej chwili, kiedy tylko siedzieliśmy na kanapie patrząc na siebie, wspomnienia wspólnego życia uderzyły mnie tak mocno i boleśnie jak kolejny cios pięścią...



  Zbliżało się południe. Siedziałam na wysokim krześle, popijając herbatę przy kuchennym marmurowym blacie. Trzymałam gorący kubek już dobre dziesięć minut, ale moje dłonie nadal były zimne i drżące. Zdążyłam się już przyzwyczaić do wszystkich skutków moich zszarganych nerwów, które oddziaływały na ciało. Nieśpiesznie unosiłam naczynie do ust i przełykałam lekko przesłodzony napój. Ciecz rozgrzewała mnie od środka, przepływając przez gardło. 
  Od rana zdążyłam już posprzątać cały dom i przygotować obiad, a teraz nie za bardzo wiedziałam co ze sobą zrobić. Harry'ego nie było, miał drugą zmianę w warsztacie samochodowym u Smitha. Wszechobecna cisza aż koliła w uszy. Sprawiała mi przyjemność, choć tak bardzo różniła się od tego co działo się na co dzień. Zdecydowanie była rzadkim gościem w naszych skromnych i awanturniczych progach. Te wszystkie szczegóły sprawiały, że czułam się dziwnie. Niby był to normalny, wręcz nadzwyczaj spokojny, dzień. Ale, być może, do czasu. Być może mój chłopak wróci z pracy i wyżyje na mnie swoje złe emocje. Być może zwyzywa mnie od najgorszych. Być może znowu pobije mnie do nieprzytomności. Być może jak zwykle nie przeprosi. Być może wieczorem będzie oczekiwał mojej chęci na seks. Być może nie przeżyję do wieczora. I nagle coś we mnie pękło. Jakaś maleńka, ledwo tląca się we mnie iskierka nadziei w jednej chwili rozbłysła, rozpaliła się jak pochodnia, oświetlając mi całą prawdę o moim życiu. Trwałam uwikłana w chory związek, który niszczył mnie zupełnie, na wszystkie sposoby. Ciągle marzyłam, że kiedyś coś się zmieni, że on się zmieni, ale tak naprawdę to ja musiałam się zmienić, dojrzeć do tej decyzji, spełnić myśl, która kotłowała się w mojej głowie od kilku miesięcy, jednak nigdy nie miałam na tyle odwagi, żeby ją zrealizować. Ale wreszcie nadszedł odpowiedni czas. Jedyne czego się obawiałam, to oczywiście porażka całego planu, czyli tego, że Harry zacznie podążać za mną, zaciągnie mnie z powrotem do domu i zgotuje mi piekło. W sumie już nie raz przez nie przechodziłam. Tak czy siak, następnego dnia mogłabym spodziewać się świeżych siniaków, więc pod groźbą kary moja ucieczka nie wiele zmieniała. Tylko że dawała mi coś, czego tak bardzo pragnęłam przez ostatnie kilka lat. Wolność, niezależność i nowy początek. Dla tego wszystkiego- musiałam zaryzykować. 
  Natychmiast poderwałam się z siedzenia i pognałam do sypialni, by spakować swoje rzeczy. Zostało mi 5 godzin do powrotu chłopaka i ewentualnej destrukcji mojego pomysłu. Niewiele czasu na zamknięcie całego rozdziału w moim życiu i pożegnanie się na zawsze, praktycznie ze wszystkim co dotychczas miałam. Zabrałam większą część pieniędzy z naszego sejfu i wsadziłam do torebki, jednak po namyśle umiejscowiłam też trochę w biustonoszu. Przezorny zawsze ubezpieczony. Wyjęłam moją rezygnację ze studiów oraz stażu w redakcji, które jakiś czas leżały już schowane w szufladzie, przygotowane na wszelki wypadek. Jak dobrze, że kiedyś przyszło mi do głowy je napisać. Również wcisnęłam papiery i dokumenty do podręcznej torebki, a ubrania wrzucałam do kilku walizek na raz, nie dbając o ich dokładne składanie, ani późniejszy wygląd. Po opróżnieniu swojej części garderoby została mi jeszcze cała szafa i komoda. Spojrzałam na nie załamana. "Cholera, nie dam rady zabrać wszystkiego!"- przemknęło mi przez myśl. Tak trudno było spakować całe 18 lat życia do trzech walizek i dwóch toreb. Wtem zaświtała mi kolejna myśl, równie ryzykowna jak wszystkie poprzednie, ale równie niezbędna, by mi się w ogóle udało. Pognałam schodami do piwnicy, a następnie przedzierałam się między zakurzonymi półkami i pajęczynami, zanim dotarłam do kąta, w którym stały pudła ze starymi podręcznikami. Nie wahając się, wysypałam je na podłogę, a puste kartony wzięłam ze sobą na górę. Włożyłam w nie średnio potrzebne rzeczy, rzadziej noszone ciuchy i książki, które jeszcze czytywałam. Musiałam mieć pewność, że zabiorę tylko niezbędny bagaż, bo więcej nie byłabym w stanie unieść. Wyjeżdżając na ostatnią chwilę nie mogłam zabukować biletów na samolot, który byłby o wiele wygodniejszy i bezpieczniejszy w mojej sytuacji. Zamiast tego musiałam postawić na pociąg. W pośpiechu kupiłam bilet przez internet oraz znalazłam jakiś hotel w centrum Londynu. Od razu zarezerwowałam pokój i postanowiłam wysłać tam kurierem moje zaklejone paczki, wstępując na pocztę po drodze na dworzec. 
Nigdy wcześniej nie byłam w stolicy, nie znałam tam nikogo, nieszczególnie się nią interesowałam. To ogromna metropolia pełna ludzi, a fakt, że nie miałam z nią nic wspólnego jeszcze bardziej minimalizował szansę znalezienia mnie tam. Pobiegłam do łazienki, gdzie jednym ruchem zrzuciłam wszystkie swoje kosmetyki z szafki za lustrem do kosmetyczki. Podskoczyłam ze strachu, kiedy nagle mój telefon wydał z siebie głośną melodię. Stare perfumy, które dostałam od brata na 15 urodziny, wypadły mi z ręki i roztrzaskały się na płytkach, roznosząc w pomieszczeniu niezbyt ładny, korzenny zapach. Trudno, i tak ich nie lubiłam. Trzymałam je chyba tylko dlatego, że były ostatnią rzeczą, jaką dostałam od Garetta, zanim zniknął. Cóż za dziwna sytuacja- odchodząc od jednej osoby zniszczyłam coś, co dostałam od drugiej osoby, zanim odeszła ode mnie. Szybko wyjęłam komórkę z kieszeni i odebrałam.
-Co robisz?- Harry odezwał się wesoło, lecz szorstko. Naprawdę słodko z jego strony, że pyta.
-Jeszcze sprzątam- skłamałam. Nie, w zasadzie to była prawda. Zbierałam z podłogi kawałki szklanego flakonika, po czym wrzucałam je do kosza.
-Dobrze. Co na obiad?
-Ummm... spaghetti. Takie jak lubisz- próbowałam udawać przymilną, jak zawsze. "Odgrzejesz je sobie w mikrofali, bo mnie już tu nie będzie, dupku"- dodałam w myślach, z przebiegłym uśmiechem błąkającym się na ustach.
-Okay. Wrócę później, Patrick załatwia dziś części za miastem, więc muszę posiedzieć dłużej w warsztacie.- oznajmił niezadowolony, a w mojej głowie rozbrzmiała radosna pieśń zastępów anielskich, które wstawiły się za mną tego dnia. Poczułam dozgonną wdzięczność do Patricka Smitha, że wybrał tak idealny moment, by udupić Harry'ego w pracy.
-Nie ma sprawy.

-Do zobaczenia potem.- pożegnał się.
-Pa.- odparłam i poczekałam aż chłopak rozłączy się pierwszy. Kiedy do moich uszu dobiegał już pikający odgłos przerwanego połączenia, zadzwoniłam jeszcze po taksówkę, po czym wyjęłam z telefonu kartę SIM, pocięłam ją na drobne kawałeczki i wcisnęłam z powrotem do kieszeni. Wszystko, by już zupełnie nie dało się mnie zlokalizować. Zniosłam na dół wszystkie paczki, walizki i torby, a już po dziesięciu minutach taksówkarz pomagał mi wsadzić je do auta. Dałam mu dodatkowe pięć dych, żeby nie ważył się nikomu powiedzieć, gdzie się wybierałam. Przemiły starszy pan obiecał milczeć jak grób. Zamykając drzwi od naszego domu uświadomiłam sobie, że wreszcie raz na zawsze pozostawiam jego, niebliskich znajomych, studia, pracę, całe Holmes Chapel, a w szczególności od popieprzonego chłopaka. Z chwilą przekręcenia zamka i pozostawieniu kluczy pod wycieraczką, zaczynałam nowe życie, lepsze życie, lżejsze życie, szczęśliwsze życie. Ostatni raz spojrzałam na ceglany budynek, który od tej jednej chwili już nie był nasz, i wyszeptałam:"Nawet nie wiesz jak bardzo się myliłeś, Harry. Do zobaczenia nigdy."

piątek, 4 kwietnia 2014

Rozdział 10

   Resztki mojego twardego snu gdzieś uleciały, a umysł powoli się rozbudzał. Leniwie rozchyliłam powieki i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Byłam w swoim pokoju. Nie mogłam sobie przypomnieć co się wczoraj stało, ale podświadomość podpowiadała mi, że nie było to coś zwyczajnego. Nagle mój telefon wydał z siebie początek jakiejś tanecznej piosenki, zdecydowanie zbyt głośnej, zważając na mocne zawroty głowy, które odczuwałam. Próbowałam sięgnąć na szafkę, jednak jakikolwiek ruch krępowało mi kilka grubych koców oraz przeszywający ból w całym ciele. Po kilku minutach walki z komórką nareszcie udało mi się jej dosięgnąć. Widocznie komuś bardzo zależało na kontakcie ze mną i dobrze, bo mój rozmówca nie poddał się już po pierwszym sygnale.
-Halo?- zapytałam cicho, po kliknięciu zielonej słuchawki. Nawet nie spojrzałam na wyświetlacz, lecz nie było to potrzebne, gdyż od razu rozpoznałam głos Rose.
-Grace?! Jezu, nareszcie! Jesteś w mieszkaniu? Wpadnę zaraz- oznajmiła.
-Um... Ja... Tak... Eee...- wyjąkałam nieskładnie słabym głosem, jednak przyjaciółka już się rozłączyła. Chwilę później zamek w drzwiach zaszczękał, a odgłos kroków rozniósł się po domu. Dziewczyna kręciła się chwilę po pokojach, zanim skierowała się do mojej sypialni.
-Bingo!- zawołała radośnie, dostrzegając mnie, ale uśmiech momentalnie zszedł z jej twarzy, kiedy podeszła bliżej.
-C-co... C-co... O mój Boże... Co ci się stało? Grace... Ty... Ty wyglądasz...- dukała, wpatrując się we mnie zszokowana.- To on, prawda? To on ci to zrobił! Gdzie? Jak? Dlaczego?- panicznie zasypała mnie gradem pytań. Wspomnienie poprzedniego dnia przemknęło wyraźnie w mojej pamięci, rozjaśniając mi zaistniałą sytuację.
-T-tak... W-wybił okno i wszedł przez nie.- wychrypiałam.- Wywiózł mnie za miasto... wpadł w szał. Dowiedział się, że o nim mówiłyśmy, że opowiadałam ci o naszej przeszłości, że miałam na niego swoje sztuczki. Przypiął mi podsłuch.- zakończyłam półszeptem.
-Co?! Jak to podsłuch?!
-Przyczepił mikrofon d-do... do mojej sukienki... na spotkaniu... pewnie w łazience.
-Nie, pojebany! Nie wytrzymam, co za skończony fiut!- krzyczała zdenerwowana. Dawno nie widziałam Rosie tak wkurzonej .Natężenie jej nienawiści do Stylesa podskoczyło do samego końca, rozbijając słupek swojej miary na tysiące kawałków. Zatrzymała przepełniony złością wzrok na mojej skonsternowanej twarzy i natychmiast złagodniała.
-Kochanie... Jak się czujesz?- zapytała mnie już spokojniej.
-No... Źle! Naprawdę okropnie, wszystko mnie boli! Ledwo jestem w stanie mówić, a co dopiero się ruszać. Mam jutro popołudniową zmianę, nie mogę iść do pracy w takim stanie!- przyznałam, a łzy zaczęły wzbierać w moich oczach
-Och, oczywiście, że nie możesz! Hmm... Zadzwonię do Ryana.
-I co mu powiesz? "Hej Gardner, Grace nie może przyjść do roboty, bo pobił ją jej pierdolnięty były, który na dodatek jest twoim kuzynem"?
-Przestań, coś wymyślę. To nie w moim stylu, ale dla ciebie... Spróbuję go jakoś ugłaskać.- stwierdziła, wyciągając z kieszeni telefon, po czym wyszła z pokoju.
Na moment znowu znowu zostałam sama ze swoim cierpieniem i przemyśleniami. Kilka spraw nie dawało mi spokoju. Mianowicie: kiedy wreszcie zniknie ból oraz te siniaki? Jak żałośnie musiałam przez nie wyglądać? Gdzie Rose była tego wieczora, gdy ja wychodziłam z Harrym? Przede wszystkim nurtowały mnie myśli gdzie on jest, co robi, jak sam się czuje po tym co mi zrobił? Czy w ogóle przejął się tym, że pobił mnie prawie do nieprzytomności, czy może, jak zwykle bywało, totalnie to olał i później uda, że nic się nie wydarzyło? Ugh, czemu ja właściwie się łudzę, że tym razem będzie inaczej, że się zmienił? Jest tym samym dupkiem, podłym damskim bokserem, upartym osłem i chorym zazdrośnikiem.
"Ludzie się nie zmieniają, Grace".

-Okej, załatwione.- oznajmiła dziewczyna, pojawiając się z powrotem przy moim łóżku.- Ryan się zgodził, żebym cię zastąpiła.
-Ale.. ale ty masz jutro wolne, nie chcę ci go zabierać, ja...
-Żadnych "ale". Nie dasz rady pracować, więc zrobię to za ciebie i nawet nie próbuj protestować. Z resztą... nam jest to nawet na rękę...
-Co masz na myśli?
-Więc... Byliśmy wczoraj na randce. Miałam do ciebie zadzwonić, ale w końcu nie chciałam ci przeszkadzać w nauce.- powiedziała patrząc na mnie przepraszająco, kiedy wybałuszyłam oczy.
-Ach, to... to świetnie. Cieszę się razem z tobą, naprawdę- wysiliłam się na niemrawy uśmiech, bo chociaż mówiłam szczerze, to opuchnięta twarz nie ułatwiała mi okazania radości.
-Tak mi przykro, że nie było mnie w domu, kiedy Harry po ciebie przyszedł. Może gdybym została, nie przechodziłabyś teraz przez ten ból....
-Rose, przestań się obwiniać! Mam szczęście, że jesteś moją przyjaciółką, to wspaniałe, że się o mnie troszczysz, ale masz swoje życie uczuciowe i o nie również powinnaś zadbać.
-No dobrze- szatynka uśmiechnęła się i odetchnęła z lekką ulgą.- Zajmę się nim jutro, a teraz doprowadzę cię do porządku.- oznajmiła, udając się do łazienki po apteczkę. Zabawne, już drugi raz w tym tygodniu używała jej z tego samego powodu.... Uwolniła mnie z kokonu kilku koców i ostrożnie pomogła ściągnąć ubrania, które od razu wylądowały w koszu na pranie. Zostałam w samej bieliźnie, jednak nie czułam się ani trochę skrępowana swoją półnagością w obecności przyjaciółki, doskwierał mi tylko chłód. I ból. Z każdym najmniejszym ruchem. Rose uważnie przyjrzała się mojemu ciału i zabrała się za oczyszczanie go. Delikatnie zmywała wilgotnym wacikiem plamy z błota, zaschniętą krew i resztki trawy. Przydałby mi się dokładny prysznic, ale obie wiedziałyśmy, że nie dałabym sobie z tym rady. Następnie odkaziła przetarcia oraz rozcięcia na skórze, po czym zakleiła je plastrami. Było ich wiele, przez co zużyła prawie całą paczkę opatrunków.
-No, no, chociaż łaskawie opatrzył ci kostkę...- mruknęła z przekąsem, zdejmując gazę. Nałożyła zimny żel pachnący ziołami i owinęła kończynę w świeży bandaż. To samo zrobiła z nadgarstkiem, który zawiązała na prowizorycznym temblaku.- Właściwie gotowe.- stwierdziła z lekkim uśmiechem, który mówił "wszystko będzie dobrze... mam nadzieję".- Dam ci jeszcze jakąś mrożonkę do przyłożenia na twarz. Teraz musisz odpoczywać.
-Nie chcę siedzieć tu sama- zaskomlałam.
-Spokojnie, zostanę z tobą.

~Harry~


   Przechadzałem się po ruchliwej uliczce tuż przy pałacu Westminster. Miałem kilka spraw do załatwienia na mieście, ale nie przejmowałem się czasem. Pomimo paru ważnych spotkań służbowych na dzisiaj myślałem o jednym, prywatnym, najważniejszym.
Grace.
Poprzedniej nocy nawet na chwilę nie zmrużyłem oka, rozpamiętując to co się stało. Moja własna głupota i agresja doprowadziły mnie do tego, że znowu to zrobiłem. Uderzyłem ją, ba, wręcz skatowałem! Przez to bardziej znienawidziłem samego siebie, o ile to było jeszcze w ogóle możliwe.
  Moją uwagę przykuł kolorowy szyld sklepu zoologicznego. Po krótkim namyśle wszedłem do środka i rozejrzałem się.
-Mogę w czymś pomóc?- zagadnął sympatycznie wyglądający pan za ladą.
-Um... Właściwie... Chciałbym kupić prezent.
-Jesteś pewien, młodzieńcze, że szukasz podarunku w odpowiednim miejscu?- zadał dziwne pytanie, świdrując mnie wyrazistymi oczami o mądrym spojrzeniu.
-Eee... pomyślałem, że coś żywego byłoby... bardziej osobiste? No... dla wyjątkowej osoby.
-Oczywiście, w takim razie jakiego zwierzątka życzyłaby sobie ta wyjątkowa osóbka?
-Właśnie... Może... Nie wiem... Pamiętam, że zawsze lubiła koty... Och, ale...
-Spokojnie- staruszek przerwał łagodnie moje jąkanie- Posiadanie pupila to będzie dla niej odpowiedzialność, więc zastanów się dobrze.- Poklepał mnie po ramieniu, uśmiechając się życzliwie.
-Ja... Tak, niech będzie kot.
-Jak sobie życzysz.- mężczyzna poprowadził mnie między regałami do odpowiedniego kojca. Zza prętów przestronnej klatki spoglądało na mnie kilkanaście par mały oczu, które błagały wzrokiem, by wybrać właśnie je. Ciekawskie kotki od razu zbliżyły się, żeby mnie obwąchać, jednak jeden pozostał z tyłu. Malutki, biały i puchaty, o niezwykle turkusowych tęczówkach. Kucnąłem i wyciągnąłem rękę, a dopiero wtedy ochoczo do mnie podszedł. Pewnie to było zwykłe kocie zachowanie, ale skojarzyło mi się z Grace. Z początku był nieśmiały, ale przy bliższym poznaniu radosny i żywiołowy, dokładnie jak ona. Możliwe, że wszelkie skojarzenia z nią to już wynik obłędu, ale postanowiłem zaufać intuicji.
-Ten jest idealny- oznajmiłem.
-Raczej ta- poprawił mnie, chichocząc cicho.
-Więc poproszę ją- zaśmiałem się niemrawo. Zapłaciłem za zwierzątko oraz kilka innych potrzebnych rzeczy: jedzenie, zabawki, legowisko.- Czy mógłby mi pan wyświadczyć jeszcze jedną przysługę?- zapytałem przy kasie.
-No cóż, chłopcze... Na czym miałaby polegać?
-Chciałbym żeby adresatka dostała ten prezent jak najszybciej, a ja nie będę miał na razie czasu, żeby go dostarczyć. Dałby pan radę zrobić to za mnie? Nawet dopłacę, bardzo mi zależy.
-Zgoda, zostaw mi tylko adres i może jakąś informację dla tej, jak się domyślam, szczęśliwej damy.- facet uśmiechnął się życzliwie. Taaa... moja dama raczej nie była zupełnie szczęśliwa tego dnia. Miałem nadzieję, że prezent poprawi jej humor i pozwoli chociaż na chwilę zapomnieć o krzywdzie, którą jej wyrządziłem.
  Zadowolony opuściłem sklep i nakierowałem swój umysł na sprawę, którą miałem do załatwienia. Musiałem się skupić, a to nie jest łatwe, kiedy kolejny raz spierdoliło się relację z najważniejszą osobą swojego życia. Relację, której nawet nie zdążyła się dobrze rozpocząć na nowo. Dlaczego muszę być takim bipolarnym dupkiem?! Rozgoryczony ruszyłem przed siebie, zaciskając pięści w kieszeniach płaszcza. Postanowiłem. Muszę to jakoś odkręcić...

~Grace~
   Po kilkunastu minutach wysiłku, Rose nareszcie udało się przetransportować mnie na kanapę w salonie, by było mi raźniej. Przyjaciółka właśnie pichciła coś na lunch, a ja beznamiętnie spoglądałam na jakiś program w telewizji, próbując odwrócić swoją uwagę od nieustającego bólu. Nagle rozbrzmiewający dzwonek do drzwi wywołał szatynkę z kuchni.
-Kto to?- zapytałam najgłośniej i wyraźniej jak potrafiłam, kiedy poszła otworzyć. Z trudem próbowałam podnieść głowę, by zobaczyć naszego gościa.
-Yyy... właściwie...- zaczęła, wracając z przedpokoju. Niosła w ręce jasnoróżową torbę z siatką na przodzie.- Powinnaś zapytać co to.- dokończyła, stawiając przede mną nosidełko. Niepewnie je rozsunęła i zajrzała do środka.
-O mamusiu... Tylko spójrz ta tego słodziaka, Grace!- zapiszczała z entuzjazmem biorąc na ręce białą, puchatą kulkę.
-K... K-kotek?- zdziwiłam się. -Co do cholery on tu robi?- mruknęłam.
-Nie mam pojęcia, ale jest piękny!- zachwycała się.- No i... dla ciebie. Przy torbie jest karteczka.- oznajmiła, po czym  ostrożnie położyła mi kociaka na kolanach. Faktycznie był śliczny. Jego małe, lecz szeroko otwarte oczka miały głęboki kolor topazu, co niezwykle odbijało się wśród bielusieńkiego futerka. Poczułam ciepło na sercu, widząc to małe, niezwykle urocze i nieporadne stworzenie. Mimowolnie się rozchmurzyłam i jedną sprawną ręką przytuliłam go do siebie.
-Nie wiem skąd się wziąłeś, ale poprawiłeś mi humor, wiesz kochanie?- powiedziałam, całując go w główkę.- Chyba nie mam wyjścia i będę musiała cię zatrzymać.
-Tak! Tak oto zyskałaś swojego pupilka. Masz jakieś przypuszczenia od kogo on jest? Szczerze mówiąc, mi przychodzi do głowy tylko jedna osoba....
-Oświeć mnie Rosie.
-Myślę, że to mógł być Joel.
-Co?!-zawołałam zdziwiona.- Niby czemu? Przyjaźnimy się, fakt, ale po co nagle miałby obdarowywać mnie prezentami i to jeszcze żywymi?
-Bo się w tobie buja, głuptasie! Prawie codziennie obserwuję jak wodzi za tobą wzrokiem, kiedy sprzątasz, czy obsługujesz klientów restauracji, jak posyła ci te nieśmiałe uśmiechy, a potem jąka się podczas rozmowy. To oczywiste, że mu się podobasz!
-Och... jejku, ja... nie wiedziałam- zarumieniłam się i przygryzłam lekko dolną wargę.- Um... lubię go, ale nie wiem czy... to znaczy....
-Spokojnie, następnym razem po prostu przypatrz się uważnie jak na niego działasz- zaśmiała się, puszczając do mnie oko, po czym wróciła z powrotem do kuchni.
Joel był naprawdę świetnym facetem, jednak nigdy nie uważałam go za kogoś więcej niż kumpla. Nigdy też nie sądziłam, że może się we mnie podkochiwać... ktokolwiek. Nie oszukujmy się, jedynym chłopakiem jakiego kiedykolwiek miałam był Harry, więc nie miałam pojęcia jak to jest być z kimś innym. Odkąd wyjechałam z rodzinnego miasteczka uparcie utrzymywałam status singielki, zbyt zmęczona poprzednimi doświadczeniami, by znowu się z kimś umawiać. Wciąż nie byłam pewna, czy powinnam to zmienić.
   Na dworze było już ciemno, w dodatku się rozpadało. Leżałam na kanapie i głaszcząc kotka wpatrywałam się w krople deszczu, które rytmicznie stukając o szybę wybijały nostalgiczną melodię. Niespodziewanie za oknem mignęła mi jakaś postać.
-Widziałaś to?- lekko szturchnęłam w ramię Rose i wskazałam na podwórko.
-Ale co?- zapytała.
-Ktoś tam był- oznajmiłam niespokojnie, próbując wytężyć wzrok i dostrzec nieproszonego gościa, jednak on zniknął. Jak na zawołanie rozległo się donośne pukanie do drzwi. Siedząca obok dziewczyna spojrzała na mnie zdziwiona, po czym wstała żeby otworzyć. Wychyliłam się i obserwowałam sytuację z salonu.
-Co ty tu robisz?!- Rosie oburzyła się, widząc kto postanowił złożyć mi wizytę. W progu stał Harry. Woda skapywała z końcówek jego loków i płaszcza, mocząc moją wycieraczkę. Najwidoczniej nie spodziewał się, że zastanie u mnie przyjaciółkę, a to zaskoczenie było mu nie na rękę.
-Wpuść mnie- powiedział spokojnie, ale szorstko.
-Ha, co? Nie ma mowy! Narobiłeś w ostatnim czasie już wystarczająco dużo problemów.
-Muszę porozmawiac z Grace.
-"Porozmawiać" tak samo jak wczoraj? To może od razu powiedz, że masz zamiar ją pobić! Jak w ogóle śmiesz tu przychodzić, po tym co jej zrobiłeś?!- wysyczała złośliwie.
-Chcę to wyjaśnić, nie mam złych zamiarów- tłumaczył się. Próbował wejśc do przedpokoju, ale Anderson ciągle  zagradzała mu drogę.
-Nigdzie nie idziesz.- stwierdziła, krzyżując ręce pod piersiami. Zdziwiłam się, ile odwagi i upartości miała w sobie ta delikatna osóbka, a zazwyczaj tego nie okazywała.
-Posłuchaj Rose- zaczął Styles, wbijając w nią pewne spojrzenie.- Gdybym chciał, już dawno rozpierdoliłbym te drzwi i wepchnął się tam siłą, ale grzecznie cię proszę żebyś mnie wpuściła, więc po prostu daj mi się z nią zobaczyć. Proszę.- jego twarz złagodniała; wyrażała lekką obawę czy dziewczyna posłucha. Rosie westchnęła zrezygnowała i po namyśle przepuściła go dalej.
-Wejdź, ale pamiętaj, że będę wszystko uważnie obserwować, więc jeśli cokolwiek jej zrobisz to własnoręcznie urwę ci jaja i natychmiast zadzwonię po policję.- syknęła ostro i wróciła do salonu.
-Um... okej...- odparł zmieszany chłopak, po czym skierował się za nią.
-Masz gościa. Nie jestem przekonana czy mile widzianego, ale cóż... Gdyby coś, to jestem w kuchni.- zwróciła się do mnie przyjaciółka. Podejrzliwie zlustrowała szatyna od góry do dołu, a następnie opuściła pomieszczenie.
   Zapadła niezręczna i niezwykle krępująca cisza. Atmosfera była tak gęsta, że spokojnie można by ją kroić nożem. Harry wlepił we mnie wzrok, wręcz czułam jak mnie nim prześwidrowuje, jednak ja unikałam patrzenia mu w oczy. Jak to miałam w zwyczaju podczas stresujących sytuacji- spuściłam głowę, aby moja twarz mogła się ukryć wśród okalających ją włosów. Mój "mile widziany gość" głęboko odetchnął, kucnął przede mną i wreszcie odezwał się:
-Przepraszam.
 Powoli  podniosłam na niego zdziwione spojrzenie i konsternowana rozchyliłam wargi. Czy ja dobrze słyszałam?
-C-co?- zapytałam cicho, zbyt szokowana, by na tamtą chwilę wydusić z siebie coś więcej.
-Przepraszam cię, Grace.- powtórzył spokojnie, ale stanowczo.
To niemożliwe. Na pewno znowu się przesłyszałam. Albo zgłupiałam od leków przeciwbólowych i mam jakieś halucynacje. Tak doskonale mi znany Harry Styles, nigdy, absolutnie nigdy, przenigdy mnie przeprosił. Nigdy, w ciągu tylu lat naszej znajomości, nie przepraszał. Ani wtedy, kiedy niechcący potłukł szklankę, ani wtedy, kiedy zabarwił całe białe pranie na różowo, ani wtedy, kiedy powiedział mi o kilka niemiłych rzeczy za dużo, ani nawet po każdym razie kiedy mnie uderzył. Nigdy. Po prostu nigdy nie przepraszał.
  Szerzej otworzyłam usta i z niedowierzaniem pokręciłam głową. Nie umiałam stwierdzić, czy on to rzeczywiście powiedział, czy tylko to sobie wyobraziłam. Wzdrygnęłam się, kiedy jego chłodna, wilgotna od szalejącego na dworze deszczu dłoń delikatnie dotknęła mojej.
-To co zrobiłem wczoraj nie powinno było się wydarzyć. Naprawdę tego nie chciałem. Przyszedłem, żeby sprawdzić jak się czujesz.- powiedział drżącym głosem, patrząc na mnie błagalnie i oczekując jakiejkolwiek reakcji. Próbowałam sobie wmówić, że nie wyrwałam ręki z jego lekkiego uścisku, bo byłam zbyt obolała, jednak gdzieś w głęboko w moim mózgu pojawiła się myśl, że może brakowało mi jakiegoś czułego fizycznego kontaktu z nim.
-Ugh, ty... ja... myślę, że sprowadziło cię tu poczucie winny.- oznajmiłam po chwili.- Wyrzuty sumienia nie dawały ci spokoju, tak? Chciałeś zapewnić samego siebie, że nie jesteś pozbawionym skrupułów kutasem, ale wyobraź sobie, tylko udowodniłeś, że jednak nim jesteś.- mówiłam coraz bardziej wściekła, a łzy goryczy piekły mnie pod powiekami.- Nie wierzę, że nagle szczerze zapragnąłeś przeprosić mnie pierwszy raz w życiu. Nie wierzę, że po tym wszystkim co mi zrobiłeś nagle stałeś się inny. Mama zawsze mi powtarzała, że ludzie się nie zmieniają i całkowicie się z nią zgadzam.- powiedziałam ckliwie, a dwie krople potoczyły się wolno po moich policzkach. Zielonooki splótł razem nasze palce i dalej się we mnie wpatrywał, nie przerywając mi, kiedy kontynuowałam swój rzewny monolog:- Szukasz mnie, niespodziewanie wracasz do mojego życia, wywracasz je do góry nogami. Zupełnie motasz mi w głowie, Harry. Co innego myślisz, co innego mówisz, co innego robisz. Nie wiem, które z twoich oblicz jest prawdziwe. Niczego, co jest związane z tobą, nie mogę być już pewna i...- zamilkłam w połowie zdania, czując ciepłe, miękkie wargi przywierające do moich. Harry przerwał mi długim, delikatnym pocałunkiem, który dosłownie zamknął mi usta. Poddałam się mu, będąc na tyle zaskoczoną, by nie wiedzieć co innego zrobić.
-Masz rację, jestem nieprzewidywalny i czasem sam siebie nie rozumiem. Ale przynajmniej jedno, czego możesz być pewna to to, że cię kocham.- wyszeptał pomiędzy płytkimi oddechami, stykając nasze czoła. Zamarłam. Zupełnie osłupiałam. To jakieś pieprzone urojenia, ja autentycznie zwariowałam!
-Kocham cię jak szaleniec, dlatego robię różne głupie rzeczy, które najczęściej mają odwrotny skutek. Przejrzałem na oczy, chcę to zmienić. Postaram się, Grace.- dokończył. Zaczął muskać wargami każdy kawałek mojej twarzy, szczególnie zatrzymując się na rankach i siniakach, jakby chciał scałować cały ból, który sam mi zadał. Oszołomiona kolejną tak dużą dawką szczerego, czułego dotyku swojej dawnej miłości, przymknęłam powieki i chcąc nie chcąc- rozkoszowałam się chwilą. Po chwili chłopak oderwał się, spojrzał mi figlarnie w oczy i zapytał:
-Podoba ci się prezent?
-P-prezent?
-Ten mały, plączący mi się pod nogami szkrab- zachichotał, wskazując na białą kuleczkę tarzającą się po podłodze.
-Jest od ciebie?- zapytałam, naprawdę poruszona.
-Oczywiście, że tak. Jeśli nie myślałaś jeszcze nad imieniem, to na twoją cześć nazwałem ją Fever, bo doprowadzasz mnie do gorączki- oznajmił, wywołując rumieniec na moich policzkach.
-Och, ciekawe. W sumie bardzo ładne- przyznałam, lekko uśmiechając się przez łzy.
Styles również ukazał rządek idealnie białych zębów oraz urocze dołeczki w policzkach, które zawsze tak na mnie działały. Nagle spojrzał nerwowo na zegarek i zaklął pod nosem, a na jego ustach pojawił się grymas niezadowolenia.
-Z wielką chęcią zostałbym przy tobie całą wieczność, żeby móc chociaż patrzeć ci w oczy, dotykać twoje ciało i rozmawiać przez długie godziny, ale teraz... cholera, muszę iść.- mruknął markotnie, następnie wstał i pocałował wierzch mojej dłoni, którą trzymał przez cały czas. Poczułam chłód, kiedy puścił ją i ułożył z powrotem na siedzenie kanapy.
- Wkrótce znów się zobaczymy, skarbie.- stwierdził zalotnie, po czym udał się do drzwi. 
Patrzyłam jak jego sylwetka znika za progiem i wtapia się w mrok wieczoru. Nie do końca jeszcze docierało do mnie to, co się właśnie zdarzyło. Ostatnia zbłąkana łza z niewiadomej przyczyny, niepozornie spłynęła z twarzy na ziemię. Poczułam buziak w czubek głowy i ramiona otulające mnie od tyłu, a kojący głos Rose zabrzmiał echem w moich uszach:
-Spokojnie, wszystko się ułoży. Mam nadzieję.

niedziela, 2 lutego 2014

Rozdział 9

 -Puszczaj mnie, nigdzie z tobą nie idę!- krzyknęłam, próbując uwolnić się z uścisku Harry'ego, który ciążył na moim ramieniu jakby chciał zmiażdżyć mi wszystkie kości ręki.
-Założymy się? Po dobroci, albo siłą- pójdziesz ze mną.- stwierdził hardo, następnie obrócił mnie w drugą stronę i popchnął ku wyjściu z pokoju. - No już, na dół!
Nie wiedziałam co powinnam zrobić. Moje serce z nerwów zwiększyło swoje bicie jakieś tysiąc razy, krew w żyłach również płynęła znacznie szybciej, a w umyśle szalała panika wywołana tą nagłą, chorą sytuacją. Jeśli mu się postawię, to coś mi zrobi. Jeśli spełnię jego polecenie, to też coś mi zrobi. Utknęłam między młotem a kowadłem.
   Popędzana przez wymowne chrząknięcia, po chwili wahania ruszyłam przed siebie, obawiając się konsekwencji w razie nieposłuszeństwa. Był na prawdę cholernie wkurwiony, a ja nie miałam wtedy najmniejszej ochoty żeby bardziej z nim zadzierać. Usatysfakcjonowany moją postawą chłopak od razu zaczął kierować się w stronę głównych drzwi mojego mieszkania. Ulegle podreptałam za nim, w przelocie zakładając trampki. Zgasiłam światła w domu, zamknęłam go na klucz i wyszłam na klatkę schodową. Dość szybko stawiałam kroki schodząc po stopniach, jednak aroganckie krzyki Stylesa i tak uporczywie mnie poganiały.
-Ruszasz się jakbyś miała kija w dupie, pośpiesz się, bo mogę ci skombinować prawdziwego!- syknął z ironicznym chichotem, niemal spychając mnie ze schodów. Z trudem powstrzymałam się od ciętego skomentowania tej riposty. Siedziałam cicho, gdyż znalazłam się w pobliżu najciemniejszej strony tego świrusa, która naprawdę mnie przerażała. Nawiedzała mnie w snach i dopadła też w rzeczywistości.  Dręczyła przez połowę mojego życia i szczerze jej nienawidziłam.
   Znaleźliśmy się na parterze małej kamienicy, którą wynajmowałam z Rose. Moje oczy powędrowały ku jej drzwiom, które były tak blisko, że aż na wyciągnięcie ręki. Miałam się ochotę na nie rzucić i desperacko błagać o pomoc, ale to mogłoby się skończyć jeszcze gorzej. Takie drobne dziewczyny jak my, nawet we dwie, nie dałyby sobie rady w przepychance z moim byłym. Nie mogłam narażać na niebezpieczeństwo jeszcze swojej najlepszej przyjaciółki.
   Poczułam jak chłód przeszywa całe moje ciało, kiedy tylko udałam się na zewnątrz tuż za brunetem. Wiatr powiewał delikatnie, jednak był na tyle zimny, abym przemarzła już w pierwszych sekundach przebywania na dworze. Cóż za wspaniała majowa pogoda! Ciaśniej opatuliłam się bluzą, która była zdecydowanie zbyt lichym ubraniem jak na taki zimny wieczór. Dziwne, bo Harry był w zwykłej, cienkiej koszuli, na dodatek z podwiniętymi rękawami. Zawsze był gorący... To znaczy, miał niezwykle nagrzane ciało. Jak kaloryfer.
Pokonaliśmy jeszcze kilka schodków w dół, zanim nasze stopy dotknęły trawnika przed budynkiem. Ponownie się zatrzymałam, obserwując okna mieszkania Rosie, jednak było w nich ciemno.
-Co, myślałaś, że przyjadę po ciebie, kiedy twoja psiapsiółka będzie w domu? Nie bądź śmieszna, Grace.- zaśmiał się szyderczo mój porywacz- tak, to chyba odpowiednie słowo- po czym chwycił mnie za przedramię i pociągnął w stronę swojego samochodu. Z bliska dostrzegłam, że mogło to być Porsche Panamera, cholernie ładne i cholernie drogie.
-Wsiadaj!- warknął, wciskając mnie na przednie siedzenie od strony pasażera. Możliwość ogrzania się w środku pojazdu była chyba jedynym plusem. Moja automatyczna obsesja na punkcie bezpieczeństwa przejawiła się natychmiastowym odruchem zapięcia pasa. Styles wyjechał na drogę i ruszył przed siebie, a wskaźniki jego aura w imponującym tempie naliczały coraz większą prędkość.
-Gdzie jedziemy?- odważyłam się wreszcie zapytać.
-Zobaczysz jak będziemy na miejscu- odparł krótko, dalej prowadząc w skupieniu.
Odwróciłam twarz do okna i patrzyłam na domy, które natychmiast rozmazywały się, kiedy je mijaliśmy. Starałam się zapamiętać szczegóły krajobrazu, by zorientować się później gdzie jestem. Trwało to dłuższy czas, przez co powoli zaczynałam dostawać oczopląsu. Nagle wzdrygnęłam się, kiedy ciepła skóra Harry'ego dotknęła mojej. Otworzyłam usta z zaskoczenia i zwróciłam się ku niemu. Postawa chłopaka wyraźnie się zmieniła, siedział w fotelu inaczej niż wcześniej, wyglądał na spokojnego, a jego ciało było rozluźnione. Na chwilę odrywając wzrok od jezdni, uniósł moją lekko zwiniętą pięść do ust.
-Tak... bardzo... się... stęskniłem- mówił składając całusa na każdym przemarzniętym knykciu. Potem przyłożył tę rękę do swojej twarzy, a ja nie wiedzieć czemu otworzyłam ją, bym mogła poczuć jego policzek po wewnętrznej stronie dłoni. Przez chwilę napawał się naszym subtelnym zbliżeniem, tylko raz, na moment spoglądając mi w oczy. Pocałował wierzch trzymanej kończyny i odłożył ją z powrotem na moje udo, skupiając uwagę na jezdni. Wpatrywałam się w niego zdziwiona, jednak więcej się nie wykonał do mnie żadnego gestu ani nie wypowiedział słowa.
   Kiedy najwyraźniej dojechaliśmy na miejsce Harry zatrzymał się na poboczu, wysiadł z samochodu i odszedł od niego spory kawałek. Zaciekawiona, również opuściłam wnętrze auta. Stojąc na zewnątrz, przez chwilę miałam zamiar się o nie oprzeć, ale wydało mi się zbyt luksusowe, że nie chciałam go w żaden sposób uszkodzić. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że znajdowaliśmy się... na wzgórzu? Tak, tuż przy mało uczęszczanej dróżce była niewielka polanka, z której rozciągał się wspaniały widok na całe miasto.
-O jejku...- wyszeptałam z zachwytem. Londyn nocą wyglądał tak cudownie!
-Niesamowicie, prawda?- zapytał chłopak, ciągle stojąc do mnie tyłem.
-Przepięknie.
-Przypomina ci coś może?
-Eee... wygląda podobnie, do... Naszego dawnego miejsca spotkań, jeszcze w Holmes Chapel... do naszej polany.
-Dawne miejsce spotkań....- powtórzył, kiwając głową i zaciskając pięści.-Tak dawne... Ha, jednak twoje kłamstwa dalej są aktualne- stwierdził ostro.
-C...co?- wyjąkałam w konsternacji.- Jakie kłamstwa?
-Całe twoje zachowanie. Każde słowo, dotyk, pocałunek, wszystko to jeden wielki fałsz!- krzyknął, odwracając się gwałtownie w moją stronę.- Dał się ponieść, poddał się jak potulny baranek- zacytował, naśladując mój głos.
-Ale... Jak... Skąd ty...
-Maleńki mikrofonik przypięty do twojej sukienki, podczas wczorajszego wieczoru w restauracji. Podsłuch. Przyczepiłem ci pierdolony podsłuch! Słyszałem każde słowo, które mówiłaś do tej jakiejś-tam Rose, co do jednego!
-Ty... Ty... Ty jesteś chory! Jesteś kompletnie pojebany! Po chuj ci był ten podsłuch?!- zirytowana zaczęłam krzyczeć, tak jak Styles. Cała moja uległość gdzieś wyparowała, zastąpiona przez złość i adrenalinę buzujące w całym ciele.
-Żebym mógł dowiedzieć się rzeczy, których się właśnie dowiedziałem! Oszukiwałaś mnie! Sądziłem, że siedzenie w ciszy to cześć twojej natury, musiałaś się na chwilę odizolować i tyle. Sądziłem, że wybuchy złości to normalna damska przypadłość. Sądziłem, że kiedy mnie całowałaś, to naprawdę się tym napawałaś, że czułaś to co było między nami.
-Bo tak było! Z początku tak, ale ile można?! No ile da się wytrzymać z takim psycholem, którym jesteś?!- wskazałam na niego zdecydowanym ruchem ręki.
-Gdybyś mnie kiedykolwiek naprawdę kochała, to byś wytrzymała, zostałabyś ze mną! Ugh, nie wspomnę już nawet, że wypaplałaś całe nasze życie, każdy, kurwa, szczegół!
-Rosie to moja najlepsza przyjaciółka i mówię jej wszystko! Do końca życia nie zdołam jej się odwdzięczyć, bo była pierwszą osobą, która mi pomogła, kiedy musiałam się uciec przed tobą!
Nagle szatyn ruszył prosto na mnie, gdyż najwidoczniej wzmianka o mojej ucieczce jeszcze bardziej go zdenerwowała. Szybko zmniejszył dystans między nami, zbliżając się tak, że stykaliśmy się klatkami piersiowymi. Gwałtownie pociągnął mnie za włosy, maksymalnie odchylając moją głowę do tyły, bym mogła spojrzeć na niego z dołu.
-To mogłaś nie uciekać- warknął, wpatrując się we mnie przenikliwie. W jego zielonych oczach szalała furia.- Bo teraz czeka cię za to nauczka.- dokończył i popchnął mnie do tyłu, ciągle trzymając mój koński ogon. W efekcie uderzyłam o maskę porsche, ale chłopak nie przejął się ani stanem karoserii, ani mojego zdrowia. Odciągnął mnie w bok, ponownie wywołując uczucie, jakby tysiące maleńkich szpileczek wbijało mi się w głowę. Chyba wyrwał mi już sporą cześć tak długo zapuszczanych włosów. Wreszcie puścił mojego kucyka, jednak jakakolwiek radość byłaby przedwczesna. Nim się obejrzałam wymierzył mi siarczysty cios z otwartej dłoni, a moja twarz samoczynnie odwróciła się w przeciwną stronę. Syknęłam przeciągle na nagle wywołany ból, a drugi policzek natychmiast otrzymał taką samą dawkę. Harry przysuwał się do mnie, raz po raz zadając policzki. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłam nawet odetchnąć. Cofałam się do tyłu, byle dalej od niego, ale na nic się to zdało. Jeden nieskładnie postawiony krok, w połączeniu z kolejnym uderzeniem sprawił, że runęłam na ziemię jak długa, ku uciesze mojego oprawcy. Styles bez wahania wymierzył kop w brzuch, lecz -na szczęście w nieszczęściu- trafił w biodro.Swoje kopnięcia umiejscawiał coraz niżej, kilka w uda, parę w łydki, siniacząc mi całe nogi. Jako podsumowanie dokładnie się zamachnął, zupełnie jak piłkarz celujący w piłkę, chcąc zdobyć decydującego gola. I trafił celnie. Obiekt jego ostatecznego uderzenia, mianowicie moja kostka, wykrzywił się gwałtownie, wywołując charakterystyczny odgłos trzasku. Wrzasnęłam rozwlekle, zwijając się z nowego rodzaju cholernie doskwierającego bólu. Najgorsze zostawił na finisz.
Stał pochylony, loki opadały mu na twarz, a tors unosił się i opadał nierównomiernie.
-Chodź- wymamrotał oschle, chwytając mnie za nadgarstek zdecydowanie zbyt mocno. Kości ponownie mi trzasnęły. Chyba chciał przeciągnąc mnie po ziemi aż do auta, ale moje zaciekłe krzyki go od tego odwiodły.
-ZOSTAW! JEDŹ! WON! SPIEPRZAJ! NO, JUŻ! ZOSTAW MNIE!!!- wrzeszczałam na całe gardło szamocząc każdą częścią ciała, którą jeszcze czułam. Zaklinając pod nosem, chłopak odrzucił moją rękę i pokierował się w stronę samochodu. Łzy zasłoniły mi pole widzenia, jednak zdołałam usłyszeć odgłos zamykanych z hukiem drzwi i warkot silnika. Odjechał. Naprawdę zostawił mnie na tym pustkowiu, pobitą, leżącą na ziemi, gdzie całą przenikał mnie nie tylko ból, ale i chłód. Zostawił mnie...

http://www.youtube.com/watch?v=PJGpsL_XYQI

*Harry*

   Jechałem prostą asfaltową dróżką, coraz mocniej wciskając pedał gazu. Już dawno osiągnąłem prędkość 100 km/h i ciągle ją zwiększałem. Z każdym pokonanym metrem moja frustracja malała, zupełnie jakbym całą złość zostawiał w tyle. Po kilkunastu minutach zacząłem zwalniać, aż w końcu zatrzymałem się na środku drogi i zaciągnąłem ręczny hamulec. Wbiłem pusty wzrok w ciemną przestrzeń przede mną. Starałem się o tym nie myśleć, ale wyrzuty sumienia nie dawały mi spokoju.
-Kurwa, kurwa, kurwa!!!- wrzasnąłem uderzając pięściami o kierownicę. Ostatecznie wyładowałem swoją wściekłość, choć tym razem byłem wściekły na siebie. Znowu to zrobiłem. Uderzyłem ją. Uraziło mnie to co mówiła do Rose i to co dzisiaj powiedziała mnie. Byłem wkurzony, ale nie myślałem, że ten wieczór tak się potoczy. Przywiozłem ją na tamto wzgórze, żeby porozmawiać, bo przypominało mi nasze stare, wspólne czasy. Najpierw chciałem ją postraszyć, niestety poniosło mnie i teraz żałowałem, z resztą jak zawsze...
Opadłem bezsilnie na fotel, oddychając ciężko. Jeszcze raz uderzyłem w sam środek kierownicy, przez co rozległ się przeciągły dźwięk klaksonu. "Muszę po nią wrócić", zdecydowałem w myślach, po czym z piskiem opon zawróciłem auto.
   Tym razem poruszałem się wolno, po drodze rozglądając się uważnie. Nie mogłem przegapić miejsca, gdzie ją zostawiłem. Ponownie znalazłem się na odpowiedniej polanie, jednak nie było tam ani śladu Grace. Co do cholery?! Gdzie ona się podziewa? Jeśli coś jeszcze jej się stanie... Nie! Znajdę ją, będzie już bezpieczna. Szukałem jej przez trzy lata, po całej Wielkiej Brytanii, to mogę poświecić choćby całą noc na przeczesywanie okolicy.
   Nagle z mroku wyłoniła się drobna postać, a ja odetchnąłem z ulgą. Dziewczyna odwróciła się ociężale, ale chyba nie była uradowana tym co zobaczyła. Zmrużyła podpuchnięte oczy, kiedy oślepiana przez światła mojego samochodu próbowała dostrzec kierowcę. Zauważyła mnie, po czym z dezaprobatą pokręciła głową i ruszyła przed siebie. Jechałem tuż obok w żółwim tempie. Blondynka kuśtykała na prawą nogę, a jej twarz wykrzywiała się z bólu przy każdym stawianym kroku. Cała drżała przez wiejący zacięcie, chłodny wiatr. Miała na sobie tylko brudne od ziemie legginsy i bluzę, które nie były pewnie zbyt ciepłe. Objęła się rękami w pasie, jedną dłoń podtrzymując drugą. Z rozciętej wargi ciekła krew. Wyglądała tragicznie, przez co jeszcze bardziej znienawidziłem siebie, za to, że ją do tego doprowadziłem. Skrzywdziłem ją.
-Grace, wsiądź proszę- powiedziałem łagodnie, po odsunięciu okna. Nie otrzymałem odpowiedni. Dalej uporczywie kroczyła po ścieżce.
-Idziesz w złą stronę, tam nic nie ma- oznajmiłem zgodnie z prawdą.- W takim stanie nigdzie nie dojdziesz, proszę cię, wsiadaj- powtórzyłem, ale i tym razem nic nie zdziałałem. Westchnąłem i kontynuowałem:
-Posłuchaj, stąd do miasta jest jakieś dwadzieścia kilometrów, nie dasz rady przejść nawet jednego. Odwiozę cię do domu, tylko wsiądź do tego auta. Proszę, Grace, błagam.- nalegałem, skamląc żałośnie. Obserwowałem wewnętrzną walkę jasnowłosej z samą sobą, konsternacja wyraźnie wymalowała się na jej buzi. Po długiej chwili wahania, niemrawo zacisnęła pięści i pociągnęła za klamkę, ale nie miała nawet siły, by otworzyć drzwi. Pomogłem odemknąć je od środka oraz zamknąć, kiedy usiadła na fotel pasażera. Nie zapinając nawet pasa, skuliła się na siedzeniu i odwróciła w drugą stronę. Wlepiła tępe spojrzenie w okno, nie chcąc na mnie patrzeć. Poruszyło mnie to, ale nie mogłem mieć jej tego za złe, kiedy ją tak zraniłem.
Jestem chujem.
Panie i panowie- skończony kutas, znany również jako Harry Styles!
Podróż minęła w głuchej ciszy i ciemności. Kiedy dojechaliśmy na miejsce dziewczyna nawet się nie poruszyła, chociaż jej ciało unosiło się i opadało równomiernie. Uświadomiłem sobie, że usnęła, pewnie znużona przez cierpienie. Uśmiechnąłem się delikatnie, patrząc na nią z czułością. Wyglądała tak błogo i spokojnie. Zaparkowałem na podjeździe, zgasiłem silnik i wyszedłem na zewnątrz. Cicho otworzyłem przeciwne drzwi i wsunąłem ręce pod bezwładne ciało Grace, uważając żeby jej nie obudzić. Skąpana w blond fale głowa oparła się na moim barku. Co za wspaniałe uczucie, ponownie trzymać w ramionach swój najukochańszy skarb...
Pchnąłem nogą drzwi, które bez oporów otworzyły się, umożliwiając mi wejście na klatkę schodową. Szybko pokonałem schody, aż dotarłem pod odpowiednie mieszkanie. Jedną ręką udało mi się wyjąć klucze z kieszeni uniwersyteckiej bluzy trzymanej przeze mnie osóbki. Kiedy znaleźliśmy się w środku, od razu pokierowałem się w stronę jej sypialni. Położyłem ją na łóżku, przetrząsnąłem łazienkę w poszukiwaniu apteczki i zabrałem się za opatrywanie powierzchownych ran.
-Och...- ciche westchnienie wydobyło się z lekko rozchylonych, pełnych ust, podczas gdy zwilżyłem dolną wargę wodą. Następnie posmarowałem nadgarstek oraz kostkę maścią, owinąłem w bandaż, a potem położyłem na podwyższonych poduszkach. Przydałby się zimny okład, ale to mogło by za nadto rozbudzić, a 2:07 w nocy nie jest na to dobrą porą. Przyda jej się sen. Chwyciłem zwinięty na ziemi koc, po czym dokładnie powtykałem go w ramy wybitego okna, żeby chwilowo zakryć dziurę i jakoś zmniejszyć ilość chłodnego powietrza wlatującego do pokoju. Zauważyłem, że Grace zamrugała lekko powiekami, lecz nie zważając na to skierowałem się ku wyjściu. W półkroku zatrzymał mnie ochrypły głosik:
-Jak śmiałeś powiedzieć, że nigdy cię naprawdę nie kochałam? Tak bardzo się mylisz, Harry....
Dotknąłem lekko jej nieuszkodzonej dłoni i wyszeptałem:
-Wiem, kochanie. Wiem.

niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział 8

   -Co zrobiłaś?!- wykrzyknęła zdziwiona Rose gwałtownie wstając z łóżka.
-No... To było... W samoobronie!
-Grace do cholery, kto przy zdrowych zmysłach całuje groźnego psychola w samoobronie?!
-Może trudno to zrozumieć...- Zaczęłam, jednak ucięłam w połowie, nie znajdując odpowiednich słów. Sęk w tym, że ja sama tego nie rozumiałam. Nie wiedziałam po jakiego chuja w ogóle pchałam język w jego usta. Może mój dawny instynkt Co- Robić- Kiedy- Harry- Świruje ponownie dał o sobie znać. Przez wspólnie spędzone lata nauczyłam się skutecznie koić jego nerwy, zwalczać chore pożądanie, czy agresję. Zasadniczo sprawdzało się kilka metod:
    Cisza. Coś, czego Styles szczerze nie cierpiał. Coś co kojarzyło mu się z pustką i samotnością, czyli czymś czego nienawidził jeszcze bardziej. Kiedy wybuchał gniewem- milkłam. Potrafiłam nie odzywać się cały dzień, nawet unikać jego wzroku i wszelkich dotyków. Zupełnie jakby mnie nie było. To doprowadzało mojego byłego do obłędu. Zero jakichkolwiek dźwięków, których nie wydawałby on sam, brak odzewu z mojej strony. Kiedy zamykałam się w sobie pojmował, że przemocą nic nie zdziała. Szybko łagodniał i dawał za wygraną. Przepraszał, wręcz błagał, żebym powiedziała chociaż słowo. Przytulał mnie, nosił na rękach, łaskotał- próbował wszystkich subtelnych sposobów, byle usłyszeć cokolwiek z moich ust. Wracał do swojej słodkiej normalności, którą kochałam w nim najbardziej.
     Odwet. Odparcie ataku. Jakkolwiekby tego nie nazwać- musiałam na chwilę stać się taka jak Harry. Skumulować całą złość i wyżyć się na nim, tak jak on sam to robił. Nie umiałam w prawdzie katować do nieprzytomności, ale cóż... Takie wybuchy nie zdarzały mi się często, bo zawsze mocno je przeżywałam. Nie jestem święta, tylko z natury dość spokojna, dlatego nie lubiłam działać w ten sposób. Zawsze jednak coś udawało mi się osiągnąć, więc chcąc nie chcąc czasem dawałam się ponieść. Krzyczałam i wyzywałam (dzięki Bogu, że najbliżsi sąsiedzi znajdowali się jakieś pół kilometra od naszego domu i nie słyszeli tych awantur); nawet biłam- chociaż jak łatwo stwierdzić, kilkukrotnie silniejszy chłopak ani drgnął. Coś jednak drgało w jego sumieniu. Skoro doprowadził delikatną Grace River do takiego stanu, to naprawdę musiał jej zaleźć za skórę. Wtedy ogarniał się, chwytał mnie przymilnie za nadgarstki, i nie zważając na zawziętość z jaką się szamotałam, przyciągał do swojego torsu, po czym całował w czoło. Nerwy opadały nam obojgu i panował spokój. Aż do następnego razu....
     Pocałunek. Taktyka, która działała tylko poza domem, gdzie całowanie się z wnerwionym Stylesem mogło poprowadzić do seksu. Normalnie nie miałabym nic przeciwko, przecież nie zaprzeczę, że to lubiłam (jak chyba każdy). Jednakże igraszki z "panem wkurwionym" nie były miłym doznaniem. W każdym razie, stosowałam metodę nr 3 tylko kiedy gdzieś wychodziliśmy. Tak jak poprzedniego wieczoru, kiedy wykorzystałam ten sposób w restauracyjnej łazience. Szczerze mówiąc, nie było to do końca bezpieczne, skoro biło od niego pożądanie skłaniające do ruchania na umywalce. Pomimo to zaufałam intuicji, która twierdziła, że mój oprawca nie byłby do tego zdolny. Wbrew swoim słowom cenił sobie prywatność i dbał o intymność podczas owych przyjemności. Chyba dawało mu to poczucie, że jestem wtedy tylko i wyłącznie dla niego.
     Skrótowo streściłam moje teorie Rose, która przyglądała mi się oniemiała.
-Pocałowałaś go, żeby móc uciec z toalety? Na tym polegała twoja samoobrona?
-Tak, można tak powiedzieć.
-Nie sądzisz, że to go jeszcze rozochociło, dało jakąś nadzieję?
-Wątpię. Bo kolejny problem jest taki, że niestety moje starania nie zawsze działały. Z czasem Harry zrozumiał jakich sztuczek przeciwko niemu używałam i jakoś się uodpornił. Po jakimś czasie przestałam sobie radzić. Wtedy zaczął denerwować się bardziej, krzyczeć głośniej i... bić mocniej.
-Nawet sobie nie wyobrażam, przez co przechodziłaś.-Przyjaciółka zakryła usta dłonią i westchnęła ze współczuciem.- A wczoraj to zadziałało?
-Na szczęście tak. Wydaje mi się, że już zapomniał do czego bywałam zdolna. Zupełnie dał się ponieść. Poddał się mi, jak potulny baranek- Uśmiechnęłam się z satysfakcją. Może i umiał mnie zastraszyć, ale fakt, że po takim odstępie czasu dalej na niego działałam i był uległy, dawał mi jakieś światełko nadziei. Napawał mnie odwagą do ponownego pozbycia się go z mojego życia, pokonania go w walce, którą sam rozpoczął.
Byłam gotowa.

~*~

     Obudziłam się w swoim łóżku, ubrana w tą samą sukienkę co poprzedniego wieczoru. Jasne promienie porannego kwietniowego słońca oświetlały błogą twarz Rosie, śpiącej obok mnie. Nie miałam serca jej budzić. W nocy wyjawiłam wiele trudnych do pojęcia faktów, które mogły ją nieco oszołomić. Niech odsypia, w końcu od tego tej sobota. Ja miałam zamiar spędzić weekend na wkuwaniu, gdyż egzamin z obszernego działu "Zagrożone gatunki" zbliżał się nieubłaganie, a ja już czułam na karku złowrogi oddech porażki. Muszę się wziąć w garść, żeby mnie nie dopadła.
     Nie łatwo pogodzić studia dzienne z pracą, a na dodatek znaleźć w tym wszystkim czas na życie towarzyskie. Dzięki Bogu za takiego wyrozumiałego szefa jak Ryan, który dostosowuje godziny mojej zmiany do planu zajęć na uczelni.
     Niechętnie zwlokłam się z wygodnego posłania i poszłam do łazienki. Zaśmiałam się ironicznie do swojego odbicia w lustrze. Wyglądałam jakbym po grubej imprezie i postanowiła przespać się w śmieciarce, delikatnie mówiąc. Rozczochrane włosy, fioletowy ślad na skroni, lekko opuchnięta buzia i podkrążone oczy, spod których ciągnęły się ciemne smugi od rozmazanej przez łzy mascary. Do tego wymiętoszona sukienka, jak wyjęta psu z gardła oraz odbity na szyi ślad po naszyjniku. Cud, miód, malina.
Westchnęłam na obraz siedmiu nieszczęść, którego byłam ucieleśnieniem i zabrałam się za poprawianie swojego wyglądu. Przemyłam twarz zimną wodą, dzięki czemu na dobre się rozbudziłam. Usunęłam makijaż, a raczej to co z niego zostało, po czym spięłam włosy w wysokiego kucyka.
"Wielkie dzięki Harry, teraz muszę jakoś zamaskować tego siniaka", pomyślałam zirytowana, po czym ukryłam limo pod świeżą warstwą korektora i podkładu. Następnie przebrałam się w legginsy oraz luźną bluzę z logo Univesity Collage London. Kiedy doszłam do wniosku, że prezentuję się względnie normalnie, wróciłam do sypialni, ale nie było tam mojej przyjaciółki.
-Rose? Jesteś?- Zapytałam głośno, żeby ją zlokalizować.
-W kuchni!- Odkrzyknęła wesoło.
Powłócząc nogami zeszłam na parter, gdzie rzeczywiście zastałam dziewczynę smarującą pieczywo.
-Zrobiłam tosty- Uśmiechnęła się, podając mi talerz.
-Dziękuję, umieram z głodu!- w tej samej chwili mój żołądek wydał z siebie przeciągłe burknięcie, jakby na potwierdzenie tych słów. Właściwie nie tknęłam w restauracji swojej sałatki, przez co poszłam spać bez kolacji. Mój organizm widocznie nie był z tego zadowolony.
-Nie znalazłam nic oprócz ogórków i dżemu, masz pustki w lodówce.- Zauważyła zatroskana Rosie.
-Ech, nie miałam czasu na zakupy- Mruknęłam, przegryzając ciepłą kromkę pieczonego chleba.- W szafce na dole jest krem czekoladowy, zawsze coś.
-Powinnaś się zacząć zdrowo się odżywiać.
-To zależy co masz na myśli mówiąc "zdrowo".- Przedstawiłam palcami cudzysłów.- Warzywa pozbawione witamin, przez czyszczenie chemiczne? Kilkukrotnie rozmrażane mięso? Jajka od kur trzymanych w ciasnych klatkach? Nie wiem czy chcę takiego "zdrowia", kochanie.- Stwierdziłam hardo.
-No wiesz, domowe posiłki zawsze są lepsze niż śmieciowe żarcie...
-Nie jadam fast foodów!- Obruszyłam się.- Ale nie stać mnie na zupełnie ekologiczną żywność, bo kosztuje teraz majątek.- Wzruszyłam ramionami z rezygnacją.- Stołuję się w restauracjach, między innymi w naszej Tasty Touch, więc chyba nie mam co narzekać!- zachichotałam, na co Rose mi zawtórowała.
-Faktycznie, ale mogłabyś czasem wpadać ze mną do mojej mamy, żeby nie jeść ciągle na mieście.
-Nie mam nic przeciwko. Tylko bez przesady, bo nie chcę nadużywać waszej gościnności. - Posłałam jej szeroki uśmiech.
-No coś ty!
-Dziękuję, że się o mnie troszczysz, ale ani głodówka ani cholesterol mi nie grożą. Radzę sobie, naprawdę.- Zapewniłam, całując ją w policzek.
-Okej, ale mam cię na oku, River- Szatynka zmrużyła jedno oko i wycelowała we mnie nóż umazany czekoladą. Zaśmiałyśmy się ponownie i dokończyłyśmy śniadanie.
Cóż za miły początek dnia! Jaka szkoda, że nauka do testu mogła mi szybko popsuć humor.
     Po śniadaniu Rosie wróciła do swojego mieszkania, żeby skończyć aranżację makiety  pokoju, którą musiała oddać w terminie na zaliczenie.Kocham to co robię, ale czasem żałuję, że nie wybrałam jakiegoś bardziej artystycznego profilu, tak jak ona. Dbam o otoczenie i zależy mi na naszej planecie, uwielbiam wszelkie zwierzęta oraz rośliny. Powinnam czuć się spełniona, jednak nie zawsze tak jest. Być może to tylko pozory, ale architektura wnętrz wydaje mi się łatwiejsza, niż moja działalność środowiskowa. Mogłam jeszcze wybrać dziennikarstwo, ale nie... Po wyjeździe z rodzinnego miasta zmieniłam nawet kierunek studiów, żeby całkowicie zamknąć tamten rozdział życia. A teraz zdarzało mi się płacić za swoją decyzję.
Chociażby wielogodzinną nauką pojęć i metod związanych z ochroną natury.
-Weź się wreszcie za robotę- Mruknęłam sama do siebie i mobilizując się w ten sposób przysiadłam do książek.

~*~

Nieprzyjemne dźwięki pukania w okno dostały się do moich uszu, wyrywając mnie ze snu. Podniosłam głowę znad podręczników i zamrugałam zaspanymi oczami. Najwyraźniej ucięłam sobie drzemkę przy nauce, obśliniając przy tym zdjęcie wieloryba szarego. Stukanie nasilało się, a ja z zaskoczeniem uświadomiłam sobie, że nie był to tylko odgłos kropli deszczu. Podskoczyłam na krześle, kiedy coś po raz kolejny uderzyło w szklaną powierzchnię. Czy to... Kamień? I następny, następny, coraz mocniej. Wyjrzałam na zewnątrz, ale na dworze już się ściemniło i nie mogłam dostrzec zbyt wiele, oprócz... sportowego auta. Chociaż prawdopodobnie było czarne, zauważyłam jego charakterystyczny kształt, rozciągły przód, niskie zawieszenie. Przełknęłam nerwowo ślinę. Znałam przecież tylko jedną osobę, która woziłaby się taką furą.
Harry Pojebany Prześladowca Styles.
Natychmiast cofnęłam się od parapetu, gorączkowo próbując złapać oddech. W tej samej chwili rozległ się odgłos tłuczonego szkła, kiedy wielki głaz wybił szybę, po czym przetoczył się po pokoju i upadł tuż pod moimi nogami. W duchu zaczęłam panikować. Nie sądziłam, że ten psychol mógłby wpaść na coś takiego! Wtem jego sylwetka wyłoniła się z mroku, bezczelnie dostał się do mojego pokoju przez otwór w oknie. Chwycił mnie za ramię i warknął:
-Idziemy maleńka, twój potulny baranek już nie będzie taki miły.

piątek, 17 stycznia 2014

Rozdział 7

http://www.youtube.com/watch?v=ne5sE2HcxSE


-Grace czy coś się stało tam w knajpie?- Zapytała ostrożnie Rose, siadając obok mnie na łóżku.
Westchnęłam, próbując dobrać odpowiednie słowa. Wydarzenia z przed zaledwie kilkudziesięciu minut kotłowały mi się w głowie wywołując uczucie jak po kilku mocnych drinkach, chociaż wypiłam dzisiaj tylko parę łyków słodkiego wina.
-Muszę ci coś powiedzieć Rosie...- Zaczęłam, nerwowo zawijając na palcu rąbek pościeli.- Ty... ty nie wiesz jeszcze o mnie wszystkiego.- Przez moje stwierdzenie twarz przyjaciółki przybrała lekko skonsternowany wyraz, jednak dała mi znak bym kontynuowała.
-Harry, którego dzisiaj poznałaś...
-Kuzyn Ryana?- Wtrąciła pytanie.
-Tak, jego... kuzyn...- Odparłam przez zaciśnięte zęby. Ugh, chyba nigdy nie przyzwyczaję się do myśli, że są spokrewnieni.- Więc, ja i on... My... Eh... Yyy...
-Spokojnie Grace, po prostu to powiedz.- Brązowowłosa pogładziła mnie zachęcająco po ręce.
Po raz kolejny wzięłam głęboki oddech i wreszcie wypaliłam:
-To mój były chłopak.
Źrenice ciemnobrązowych oczu Rose wyraźnie się rozszerzyły, a usta otworzyły ze zdziwienia.
-Eeee...- Wydała z siebie przeciągły dźwięk, najwyraźniej próbując skomentować sytuację, ale język chyba ugrzązł jej w gardle. Wiedziałam, że będzie zaskoczona, ale totalnie ją wmurowało.Chciałam dokończyć, więc spojrzałam na nią pytająco i szturchnęłam ją łokciem, przez co wyrwała się z otępienia.
-Okeeej, co w związku z tym?- Zapytała oswajając się z niespodziewaną informacją, którą właśnie podałam.
-Wiesz, że byłam kiedyś prześladowana...
-...Przez swojego ex- Dokończyła Rosie i momentalnie zbladła.
-To niestety się ze sobą wiąże.- Odparłam cicho.
-Chcesz powiedziec, że to on cię...? Że to ten sam...?- Zszokowana dukała pytania.
Wolno pokiwałam głową na potwierdzenie jej wniosków.
-To Harry się nade mną znęcał. To przed nim tu uciekłam. I to on teraz powrócił.- Wyszeptałam.- Zupełnie taki sam, a może i gorszy....
 "Już się o tym przekonałam."- Dodałam w myślach.
-Dlatego nie chciałaś żeby wspominała o twoim mieście, on też jest z Holmes Chapel, jejku, ale ze mnie idiotka, czemu się nie domyśliłam?!- Biadoliła dziewczyna ściskając moją dłoń.
-Przestań, nie możesz się za nic winić! Niewiele mogłabyś zmienić. Z resztą byłaś zajęta naszym szefem i bardzo dobrze!- Zapewniłam łagodnie, na co twarz przyjaciółki pokryła się rumieńcem.
-Ach, mogłyśmy jakoś uniknąć tego spotkania.
-Wątpię, nie miałam pojęcia, że Gardner jest jego rodziną.
-Tak czy siak... Zrobił ci coś?
-Um... Powiedzmy, że... Taaa...- Wyjąkałam niepewnie, zakładając za ucho kosmyk włosów, który dotychczas zakrywał nowo powstałego siniaka na mojej skroni.
-O mój Boże, uderzył cię?!
-Niezupełnie... Znaczy się... Drzwiami. Od toalety.
-Cholera jasna! Skrzywdził cię jeszcze jakoś?
-Nie, to w sumie wszystko.
-I mówisz o tym tak spokojnie?!
-Eh, no wiesz, zdążyłam się przyzwyczaić....
-Po pierwsze: potrzebujesz zimnego okładu na tego guza, bo nie wygląda to najlepiej.- Oznajmiła Rose lekko dotykając fioletowej plamy po lewej stronie mojego czoła.- A po drugie, to nie możemy tego tak zostawic, on nadal jest niebezpieczny, Grace!
-Wiem, ale co niby miałybyśmy zrobić?
-No może by tak, hmm... zawiadomić policję?- Odparła ironicznym pytaniem.
-To nic nie da. Niczego mu nie udowodnią. |Zapewni ich, że tylko sama się walnęłam po jakimś potknięciu i przekona, że jest niewinny. Kiedy go wypuszczą będzie jeszcze bardziej wkurwiony i zemści się!
-No... masz rację. Skomplikowane to wszystko. Nie rozumiem, po co właściwie cię prześladuje?
-Właśnie... chciałabym ci to wyjaśnić.
Widząc skinienie dziewczyny, umościłam się wygodniej na skraju łóżka i zaczęłam snuć swoją opowieść:
-Całe moje życie jest z nim powiązane. Wszystko opiera się na naszej wspólnej historii i czy tego chcę, czy nie, nigdy go z niej nie wymażę. Mieszkaliśmy w tym samym, niewielkim miasteczku. Dzieliło nas zaledwie kilka domów, więc znaliśmy się i wychowywaliśmy razem od dzieciństwa. Harry był moim najlepszym przyjacielem. Jedyną osobą, która zawsze przy mnie była, która wywoływała szczery uśmiech na mojej twarzy. Pomagał mi i wspierał w trudnych chwilach. Zwłaszcza, kiedy moi rodzice... Tamten wypadek... Zginęli.- Przerwałam, z trudem wyduszając z siebie ostatnie słowa. Łzy piekły mnie pod powiekami, ale nie chciałam żeby wydostały się na zewnątrz. Przywracanie przykrych wspomnień okazało się trudniejsze niż sądziłam. Zacisnęłam oczy i usta, aby się nie rozpłakać. Nie ze względu na Rose, która widziała mnie już kierowaną przez wszystkie możliwe emocje, ale ze względu na siebie. Rozmowa o przeszłości sprawiała mi ból i pewnie już zawsze tak będzie, jednak musiałam sobie z tym poradzić. Po śmierci rodziców ułożyłam sobie życie całkiem od nowa, zupełnie sama. Przez ostatnie kilka lat nie często rozpamiętywałam rodzinną tragedię, więc sądziłam, że zdążyłam się już pogodzić z ciężkim losem. Żal powrócił, ale musiałam brnąć dalej w opowiadanie pomimo cierpienia, które mi to sprawiało.
-Och skarbie...- Wyszeptała Rosie, patrząc na mnie czule i przytulając mocno.- Wiem, że było ci trudno. Jeśli nie czujesz się na siłach, to nie musisz nic mówić.- Stwierdziła, gładząc mnie po włosach. Czując wsparcie jakie mi okazywała z każdym dniem naszej znajomości dodatkowo upewniałam się, że trafiłam na najcudowniejszą przyjaciółkę pod Słońcem. Trzymając mnie w ramionach kołysała się delikatnie na boki, jakby chciała uspokoić niemowlaka. Szczerze mówiąc, w tamtej chwili dokładnie tak się czułam- bezsilnie i bezbronnie, jak małe dziecko.
-Nie. Chcę żebyś wiedziała, muszę dokończyć.- Uparłam się, siąkając nosem.
-Możesz przerwać kiedy tylko chcesz.- Zapewniła wyrozumiale szatynka i dała mi więcej swobody przesuwając się ociupinkę.
-Więc...- Próbowałam przywołać wątek na którym skończyłam. Ach, no tak.- ...Szczególnie po wypadku Harry był dla mnie oparciem. Mój brat nie umiał sobie poradzić z utrzymaniem domu. Może sytuacja go przerosła, może bał się tego co będzie dalej, ale to nie był powód, żeby... Tak podle... Odwrócił się ode mnie i zostawił na pastwę losu. Mój rodzony brat... Zachował się jak gówniarz. Wykazał zero jakiejkolwiek odpowiedzialności, chociaż jest o kilka lat starszy! Odszedł, w ogóle się mną nie przejmując. Podobno zamieszkał u jakiegoś kumpla, byle najdalej od Holmes Chapel. Od tego czasu nie mam z nim kontaktu. Nie wiem co się z nim dzieje, gdzie teraz dokładnie jest, jak sobie radzi. Tak właśnie straciłam całą swoją rodzinę. Zostałam całkiem sama. Nie miałam nikogo, oprócz Harry'ego. Po jakimś czasie naszej znajomości chyba oboje uświadomiliśmy sobie, że było między nami coś więcej niż przyjaźń. Zakochałam się w nim. A on odwzajemnił to uczucie. Ofiarowywał mi bliskość, której tak bardzo potrzebowałam w tamtej trudnej sytuacji. Spędzaliśmy ze sobą cały czas- w szkole i po szkole; w domu, bibliotece, kinie, restauracji czy na basenie. Ciągle razem, od rana do wieczora, a czasem jeszcze dłużej...- zatrzymałam się, kiedy poczułam rumieniec wstępujący na moją twarz. Pomimo tego, że Rose raczej już nie przepadała za moim byłym, domyśliła się co miałam na myśli i uśmiechnęła się szelmowsko. Może i Styles jest teraz popierdolonym dupkiem, ale tyle razem przeszliśmy i miałam z nim dużo bardzo miłych wspomnień.- Jak widzisz, Harry nie zawsze był taki zły. Myślę, że znając go wtedy, mało kto uwierzyłby mi jaki brutalny stał się później. Dawniej był zdecydowanie najczulszą i najłagodniejszą osobą jaką znałam. Chociaż doskonale też potrafił mnie obronić, umiał się bić. Szkoda tylko, że potem przekonałam się o tym na własnej skórze... .
-Więc kiedy tak się zmienił, kiedy wszystko się popsuło?
-Wydaję mi się, że dużo wydarzeń miało na to wpływ. On też nie miał łatwego życia. Ojciec zostawił ich i odszedł do innej kobiety, kiedy Harry był mały, a on nigdy się z tym nie pogodził. Mama zachorowała ciężko kilka lat po tym i wszystkie obowiązki spadły na niego oraz jego siostrę, która następnie... została zamordowana.- Oznajmiłam cicho przygryzając wargę w konsternacji, a moja wypowiedź poskutkowała współczującym westchnieniem Rose. Łzy ponownie zaczęły zbierać się w kącikach moich oczu, jednak kontynuowałam.- Dziewczyna miała wtedy 17 lat i jeszcze całe życie przed sobą, tymczasem parę strzałów z pistoletu natychmiast jej go pozbawiło. Zanim wszyscy się obejrzeli... już jej nie było. Przyjaźniłyśmy się, zarażała pozytywną energią i wesołością, a w jednej chwili wszystko zniknęłam wraz z nią. Gdyby naszemu miasteczku nie wystarczyło jeszcze tragedii, zrozpaczona i wycieńczona pani Styles umarła po niecałych dwóch tygodniach!- Poczułam na plecach pocieszającą dłoń przyjaciółki, po czym uświadomiłam sobie, że nie udało mi się powstrzymać płaczu.- Dalej trudno mi uwierzyć, że tyle złego się wydarzyło w małym Holmes Chapel. Tyle ważnych dla mnie ludzi już nie ma, w każdym znaczeniu tego stwierdzenia. Tak oto i ja i Harry zostaliśmy całkiem sami, zdani jedynie na siebie. Niedługo potem coś w nim pękło. Jego psychika nie wytrzymała. Zaczął mnie bić, jednocześnie skutecznie nie dopuszczając żebym uciekła. Miał na tym punkcie obsesję, że z kimś się spotykam, czegoś mu nie mówię, gdzieś wychodzę. Czasem sobie myślałam, że jego chorobliwa zazdrość brała się z obawy, że mnie straci. Ostatnią osobę, która mu została.
-Aż nie wytrzymałaś tej tyranii...
-Tak. Po dwóch latach. Zostawiłam wszystko co miałam. Nie było to wprawdzie wiele, kilka koleżanek, sąsiedzi i studia za miastem, ale nie było mi łatwo zacząć wszystkiego od nowa. Zwłaszcza w Londynie, gdzie prawie wszystko jest monumentalne i drogie. Na szczęście poznałam ciebie.-Uśmiechnęłam się lekko, ściskając rękę Rose, na co ona drugą dłonią otarła moje mokre policzki.
-Dziękuję, że jesteś.- wyszeptałam z wdzięcznością.
-Dla ciebie zawsze będę. Też ci dziękuję kochanie.- przytuliłyśmy się mocno, jednak poluzowałam uścisk przypominając sobie jeszcze jedną, chyba dość ważną sprawę, o której miałam powiedzieć przyjaciółce. Tymczasem ona wyprzedziła mnie stwierdzając:
-Ze względu na twoje bezpieczeństwo, naprawdę nie powinnaś się już zbliżać do swojego byłego.
Przez moment błądziłam oczami po pokoju, usiłując... właściwie nie wiem, co chciałam przez to osiągnąć. Prawdopodobnie moja podświadomość chciała zyskać na czasie, zanim oznajmię Rosie to co zrobiłam, a z czego nie byłam zbytnio zadowolona lub dumna.
-Co?- zapytała dziewczyna przyglądając mi się badawczo.
-Wiesz... Tylko, że ja... Chyba w jakiś sposób się już się do niego zbliżyłam...
-Pozwól, że zapytam ponownie: Grace, czy coś j e s z c z e się stało tam w knajpie?- powiedziała poważnie, literując dokładnie jedno ze słów.
-Pocałowałam go. Namiętnie lizałam się z Harrym w łazience.